Słuchajcie, bo nikt o tym głośno nie mówi, a prawda jest taka, że kebab to najbardziej biblijny posiłek na Wielkanoc i jak ktoś się z tym nie zgadza, to chyba nie czytał ze zrozumieniem.
Po pierwsze – mięso. W Biblii ciągle jedzą mięso, baranki, uczty, ofiary, a kebab to przecież nic innego jak nowoczesna forma mięsa obracanego nad ogniem. OGIEŃ. Symbol oczyszczenia. Przypadek? Nie sądzę.
Po drugie – chleb. „Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje” – no i co masz w kebabie? CHLEB. Buła albo pita. Czyli wszystko się zgadza. Jezus nie powiedział, że to musi być akurat pszenny opłatek z konkretnej piekarni w Jerozolimie, tylko OGÓLNIE chleb. Kebab spełnia wymagania.
Po trzecie – wspólnota. Kebab to jedzenie jedzone często w grupie, po imprezie, w radości, czasem w cierpieniu (następnego dnia). Czyli dokładnie jak życie. Wielkanoc to radość ze zmartwychwstania – a nic tak nie jednoczy ludzi jak wspólne stanie przy budce i mówienie „z sosem mieszanym, dużo mięsa”.
Po czwarte – post i wyrzeczenie. W Wielkim Poście ludzie rezygnują z różnych rzeczy. A potem BAM, Wielkanoc, można wrócić do życia. I co jest najlepszym symbolem powrotu do życia? Solidny kebab o 21:37, który przywraca wiarę w człowieka.
I na koniec najważniejsze: zmartwychwstanie. Bo kebab, który leży w lodówce następnego dnia… też wraca do życia po podgrzaniu. I dalej jest dobry. Może nawet lepszy. Czy to nie jest metafora?
Także podsumowując: jajka jajkami, żurek żurkiem, ale gdyby apostołowie mieli dostęp do budki z kebabem, to Ostatnia Wieczerza wyglądałaby zupełnie inaczej.
I każdy by brał „na cienkim, z ostrym".
#pasta